Buenos Dias Cuba. La Habana

Kuba w moich podróżniczych planach w zasadzie nigdy nie zajmowała jakiegoś szczególnego miejsca. Docierały do mnie podczas podróży opinie innych, różniące się od siebie w znaczny sposób.

Jedni jechali na spotkanie z tą wyspą, aby przeżyć je jeszcze za życia Fidela Castro, inni z powodu starych samochodów, jeszcze inni dla pięknych plaż. Wszystkie te argumenty jakoś do mnie nie przemawiały. Właściwie to dopiero prezentacje na tym oraz na innym portalu pokazały mi pewne oblicze tego kraju, z którym postanowiłam sama dokładnie się zapoznać.

Zarezerwowane wczesniej Indie Południowe przesunęłam w przyszłość, zamieniając je na możliwie najbardziej rozbudowaną wycieczkę objazdową po Kubie, i niespełna trzy tygodnie temu, po pierwszym locie samolotem typu Dreamliner i 12 godzinach lotu z Warszawy wylądowałam w Vaderero.

Już lotnisko pokazało, że to jest inny kraj. Niby przyjazny dla turystów, a jednak …
Wszyscy staliśmy w długich kolejkach, urzędnicy kubańscy niespiesznie przeglądali nasze paszporty, robiąc każdemu zdjęcie niewielką kamerką wycelowaną wprost w twarz.

Zapraszam na moją pierwszą prezentację z wyspy. Wyspy posiadającej ogromny potencjał i olbrzymi wachlarz możliwości turystycznych. Począwszy od przepięknej kolonialnej architektury, poprzez fantastyczne, soczyście zielone krajobrazy, z dumnie unoszącymi się, dochodzącymi do 30 m. najwyższymi na świecie palmami królewskimi, białymi plażami i turkusowym odcieniem wody jakby żywcem wyjętymi z folderu reklamowego.

Do tego muzyka, muzyka i jeszcze raz muzyka, tańczący na ulicach roześmiani Kubańczycy, świetne drinki i wszechobecne wizerunki Ernesto Che Geuvary uznanego dekretem rządu za symbol Kuby.